W sieci 5 lutego 2013

Jestem niewolnikiem internetu.
Mimo że urodziłam się kilka lat wcześniej niż dzieci neostrady, to mam wrażenie, że należę do pokolenia, dla którego przeplatanie się dwóch światów – realnego i wirtualnego to normalka. Już jako czernasto, piętnastolatka przemierzałam busikiem drogę z rodzinnej wsi do wojewódzkiego miasta na zlot lubelskiej czaterii. Zakładałam pierwszego bloga, zawierałam tuziny internetowych znajomości, gadu-gadowałam po nocach, kryjąc się przed tatą strzegącym internetowego limitu impulsów (o jakim marzeniem był stały dostęp do sieci!). Dziś, zaraz po przebudzeniu, kiedy powitamy się z małą eM promiennymi uśmiechami, wymienimy porozumiewawcze GA! BA! BO! i obowiązkowego buziaka, moje myśli powoli uciekają do wirtualnego świata. Razem z nami budzi się ciekawość – co tam nowego na facebooku? Jak się czują forumowe ciotki? Czy na ulubionych blogach pojawiły się nowe wpisy? Jeszcze dodać zdjęcia tu, tam, siam. Sprawdzić pocztę.
Za dużo tego wszystkiego.
Już od pewnego czasu czuję przesyt.
Oczy bolą od wypatrywania nowych informacji. Być może zupełnie niepotrzebnych.
I właśnie teraz trafiam na notkę Julii z Szafy Tosi. Daje mi to podwójnie do myślenia. Pół wieczoru dyskutujemy o tym z dużym eM. W zasadzie to ja dyskutuję sama ze sobą, zasypując się argumentami ZA i PRZECIW, niczym gimnazjalista, któremu w ramach pracy domowej zadano napisanie rozprawki: „Internet – pożytek czy strata czasu?”.
Boję się, że Marcelinka będzie miała w głowie obraz głowy matki wystającej zza ekranu laptopa. Nie, nie chodzi zaniedbana, zasmarkana, głodna i spragniona bliskości. Bawimy się na podłodze, całujemy, chichramy do łez, kokosimy, tańczymy, śpiewamy, chodzimy na spacery. Ale czy to wszystko jest na sto procent? Przecież myśli często wędrują gdzieś do cyberprzestrzeni. Bo jak by jeszcze chwilkę pospała, to zdążyłabym sprawdzić to i owo. A jak jeszcze sekundkę zajmie się tą piłką, to tylko zerknę na pocztę! Tym bardziej martwi mnie to teraz, kiedy małe chłonie wszystko jak gąbka. Patrzy uważnie głodne informacji o świecie. I to JA mam ją nauczyć jak żyć pełnią życia! Życia naprawdę, nie w komputerze. 
Boję się, że te wieczory kiedy leżymy z dużym eM razem... RAZEM, nie obok siebie, wpatrzeni w świecące ekrany, będą coraz rzadsze.
Boję się, że te internetowe znajomości wezmą górę nad realnymi. I jak kiedyś zabraknie łącza, to nie będę się miała do kogo odezwać. Nie raz łapię się na tym, że opowiadam dużemu eM o kimś, kogo nie znam osobiście, a on to już w ogóle nie ma pojęcia kim jest ta dziewczyna, której dziecko zaczęło raczkować. I sama zdaję sobie sprawę z tego, jak głupio to brzmi.
Boję się, że tracę czas na coś, bez czego spokojnie można żyć. Przekonaliśmy się o tym na drugim roku studiów wynajmując mieszkanie w starej lubelskiej kamienicy bez dostępu do sieci.
Boję się, że życie ucieka mi przez palce. Że zamiast coś robić, działać – podglądam jak inni to robią.
I kiedy w myślach kasuję już konto na facebooku i bloga. A dziewczynom, z którymi przegadałam ostatni rok, przeżywając jeden z najważniejszych i najtrudniejszych okresów w moim życiu, mówię  „cześć!” to rodzą się wątpliwości i ogarnia mnie smutek.
Przecież czerpię z tego tyle przyjemności.
Na portalach społecznościowych pokazuję Marcelinkę przyjaciółkom, które rozjechały się po Polsce. Jej pierwsze uśmiechy, zabawy, spacery. Dostaję ogromną porcję pozytywnej energii od kilkudziesięciu wspaniałych kobiet, które tak jak ja kilka miesięcy temu zostały matkami. Po raz pierwszy lub nie. To dzięki nim spełniam nieśmiało swoje marzenia i jestem na dobrej drodze do samorealizacji. Z kilku blogów czerpię inspiracje do zabaw, informacje na temat nowych zabawek, gadżetów. Zawieram znajomości, które przenoszę do rzeczywistości. Wymieniam myślami, otrzymuję moc miłych słów, pomoc w niejednej sprawie. Umilam sobie czas przedpołudniowej drzemki Marcelki i czekanie na powrót z pracy dużego eM.
Czy w dzisiejszych czasach można w ogóle mówić o rozdzieleniu tych światów? Przenikają się dogłębnie i już nie wiem czy jedno mogłoby istnieć bez drugiego?
I tak myślę, analizuję, próbuję znaleźć złoty środek. Ustalić sobie godziny korzystania z tego dobrodziejstwa? Uważnie wyselekcjonować odwiedzane strony? Przesiać to wszystko przez porządne sito?
Tymczasem, mimo poczucia skradzionego czasu, przeniosę tę notkę do komputera, wstawię ją na bloga, udostępnię linka na facebooku i nie omieszkam też o wszystkim poinformować forumowe koleżanki.

Niewolnica?
Normalna dwudziestopięciolatka?


Komentuj (9)



Kino 17 lutego 2013

Odkąd zaczęliśmy życie we trójkę tylko raz było mi dane zasiąść w sali kinowej. Musiałam przecież zobaczyć film o Paktofonice na dużym ekranie! O jak dobrze było znów poczuć pod sobą te nie za wygodne siedzenia, zobaczyć kurz w wiązce światła zmierzającej ku ekranowi, no i ten dreszczyk emocji - gdy robi się ciemno a na sali zapada cisza. Wolimy jedyne w mieście, uchowane cudem, stare kino od wielosalowego Cinemacity w galerii handlowiej. Wiecie, takie ze skrzypiącymi siedzeniami, panem bileterem, czerwonymi kotarami zawieszonymi w drzwiach. Jeszcze kilka lat temu mielibyśmy takie pod oknem. Teraz jest tam plac budowy. Moja pierwsza w życiu samotna wyprawa do kina, choć była przyjemna (oczywiście, że biegłam w jedną i drugą stronę, a w trakcie filmu kilka razy zerkałam na ekran wyciszonego telefonu), to jednak brakowało mężowskiego ramienia obok. Takie ramię się czasem przydaje ;) Jak jest straszno, albo gdy ciężar filmu jest nie do wytrzymania! Najczęściej chodzimy na mocne, dobre, polskie filmy. Nie zobaczysz nas na komedii romantycznej czy typowym filmie akcji. Z racji wchodzącego właśnie na ekrany kolejnego dzieła Wojtka Smarzowskiego wymarzyliśmy sobie wspólne wyjście do kina (idealna okazja!). Umówiliśmy się z babcią, że kiedy Mała zaśnie to my wyjdziemy. Miało to wyglądać tak jak zwkle, nic prostszego. Marcelinka pada po kąpieli i śpi twardo przynajmniej do północy. Yhym. Już kiedy wstała z drugiej drzemki o godzinie 17.30, wiedziałam, że nie będzie łatwo. Ale nic to! Wybawimy ją, wymęczymy, może się uda? Zbliżała się ósma...
Wzięłam ją do kąpieli, mimo że jeszcze ani razu nie ziewnęła.
Kąpiel była błyskawiczna (seans 20.30!), mimo tęsknego wzroku Malizny za pluskającymi się nadal kaczuszkami.
Dałam jej mleko, mimo że raczej nie była jeszcze bardzo głodna.
Niby wszystko było tak jak zwykle. Ale oczka, choć coraz mniejsze, nie chciały się zamknąć.
Położyć, teraz głaskać, ale w odpowiednim miejscu, w dobrym momencie przestać. Trzymać za rączkę, ale nie krępować jej ruchów. Śpiewać, ale nie za głośno i nie za cicho. Może wziąć na ręce? Byłoby szybciej. Oddycha spokojnie, miarowo - odłożyć? Czy jeszcze chwileczkę? Położyć, ale w odpowiedni sposób! Przykryć już teraz? Czy za chwileczkę? Smoczek nadal potrzebny czy już nie? Usypianie dziecka to strategia, przemyślana taktyka, której nie powstydziłby się amerykański generał. Szczególnie jeżeli zależy ci na czasie. Marcysia chyba wyczuła, że mama jakaś zestresowana, że buja jakby bardziej nerwowo, zerkając co chwila na zegarek. Postanowiła więc pobić absolutny rekord w zasypianiu - dwie godziny! W końcu, padła wykończona o 22. Mniej więcej w tym czasie, kiedy widzowie Drogówki wstawali z kinowych siedzeń. A może nadal tam tkwili? W końcu to film Smarzowskiego - ciężko się podnieść i po prostu wyjść z kina.


walka wieczoru
Marcelina vs Kino
(1:0)



 


Komentuj (14)



20 lutego 2013

Po pierwszej od kilku miesięcy ciężkiej i nieprzespanej z powodu choroby nocy próbuję położyć Marcysię na drzemkę. Kładę ją, ona siada, głaszczę ją, ona się denerwuje, śpiewam cichutko, ona wstaje. W końcu zirytowana daję za wygraną, wsadzam głowę w poduszkę i rzucam nerwowe: a rób co chcesz!!! Po czym małe eM odwraca się do mnie plecami i zasypia w minutę....

 
zdjęcie komórką, żeby przypadkiem dźwięk opadającego lustra nie przerwał snu

***

Ale żeby nie było tak monotonnie z tym usypianiem ;) pokażę Wam coś, co mimo choroby udało nam się stworzyć. Mama Chrzestna Marcelinki ma dziś urodziny. Wiedziałam, że najbardziej ucieszą ją życzenia prosto od chrześnicy. Przewertowałam więc całe archiwum PANI i stworzyłam mini kolaże (takie w wersji ekspresowej). Przez chwilę poczułam się jakbym znów miała naście lat i wyklejała z zapałem kolejne kartki swojego pamiętnika. 

Prezentuje Malizna na nówka sztuce dywanie (nie, nie jest fioletowy :D)
 Sto lat Miczka!!!



Komentuj (8)


Image Hosted by ImageShack.us
Zapiśnik młodej matki małego eM
Żony dużego eM
Gospodyni małego eM 2
Image Hosted by ImageShack.us

Male eM
Pierworodna córa,
Marcelini herbu Zielona Pietruszka,
Marcysia, Pysia, Marcelka, Marcelinka,
urodzona w drugą niedzielę
czerwca 2012r.
tuż po teleexpresie.


Archiwum

2018

2017

2016

2015

2014

2013

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2012


Image Hosted by ImageShack.us

Zagladam do:

O tym ze

Szafa Tosi

MerySelery

Lena i Kuba

Basia Szmydt

Z widokiem na ...

Niedzwiedzie Dzieci



Image Hosted by ImageShack.us