Blog 2 listopada 2012

Zacznij pisać bloga - radzą.
Bloga?
Półtora roku temu skończyłam szkołę poetów a teraz mam pisać bloga? Na dodatek o macierzyństwie? Jak setki matek, które po porodzie nagle odkryły w sobie wenę twórczą i talent pisarski? Jest ich w internecie mnóstwo. I znów w mojej głowie pojawiła się myśl - a po co w tym przepastnym web-świecie jeszcze ja i moje bazgroły? Przecież to nic nowego - blog o codzienności, trudach tworzenia dobrego i szczęśliwego człowieka, radości z udanego wypieku czy nowym wystroju sypialni. Podobnie miałam z fotografią - odczucie, że przecież wszystko już było, już kiedyś ktoś coś takiego sfotografował, o tym już ktoś napisał, więc po co to robić jeszcze raz? Po kilku dniach namysłu stwierdzam jednak, z pełną odpowiedzialnością - daleko z takim myśleniem nie zajedziesz, Anno!!! Nie wszyscy musimy być Kolumbami. Zmieniając pieluchy i podgrzewając wodę na mleko, zaczęłam planować jak miałoby wyglądać to moje m2 w cyfrowym świecie. W tym momencie przepraszam się z wszystkimi mamami blogerkami - pojawienie się na świecie dziecka potrójnie motywuje do pisania.
Primo, każdego dnia dzieje się tyle rzeczy, którymi chcę się podzielić z innymi. Patrząc na to z boku, są to tylko kupki o właściwej konsystencji, pierwsze starte jabłuszko, pierwszy głośny śmiech albo szeroki na całą twarz uśmiech, który wita wracającego z pracy tatę. Ale dla matki pierworodnej córki są to milowe kroki, jej małe sukcesy w najważniejszej pracy, jakiej mogła się podjąć w życiu.
Secundo, potrzebuję odskoku, zajrzenia w głąb własnej głowy, oderwania choć na chwilę oczu i myśli od spokojnie śpiącego obok, niewinnie pachnącego zawiniątka.
Tertio, odczuwam przemożną chęć wysiłku intelektualnego. A żeby po kilkunastu godzinach myślenia językiem pięciomiesięczniaka nie zapomnieć połowy znaczeń słownika wyrazów obcych.

Decyzja podjęta.
Dziesięć lat temu, pod pseudonimem anulka15, wystukiwałam swoje nastoletnie myśli na klawiaturze pierwszego PCta. Dziś, jako maleem, zapraszam do mojego cyfrowego m2.
Podobno chcący liczyć się w środowisku bloger pisze codziennie. Ale czy on ma w domu niemowlaka??

Komentuj (16)



Przyjemności 4 listopada 2012

Każdego dnia, kiedy duże eM jest w pracy a małe eM najedzone, wybawione i przebrane odbywa swoją przedpołudniową drzemkę, ja mam czas na przyjemności. Tego czasu nie jest wiele - kto wie, kiedy coś przerwie smaczny sen dziecka? Dlatego przyjemności muszą być odpowiednio przemyślane, wyselekcjonowane i ustawione wedle pewnych priorytetów.
Mam około półtorej godziny, więc zupełnie bez sensu byłoby marnować je na telewizję. To zastanawiające, jak dużo czasu spędzałam kiedyś, oglądając durne programy i serial za serialem. Ileż to cennych minut, których już nigdy nie odzyskam? Oczywiście nie rezygnuję całkowicie z ulubionej rozrywki gospodyń domowych. Mam kilka ulubionych tytułów, które nadal śledzę w wolnych chwilach, korzystając z dobrodziejstw serwera itvp czy tvnplayer.
Przez całą ciążę dzieliłam się swoimi troskami i oczekiwaniem z innymi przyszłymi mamami na internetowym forum. To przedziwne, jak obce sobie kobiety z różnych stron Polski (i nie tylko) mogą stać się sobie tak bliskie. Tylko ciężarówka może zrozumieć drugą ciężarówkę. Nadal rozmawiamy, wspieramy, radzimy, dzielimy się nowymi osiągnięciami maluchów, zdjęciami. Codzienna wizyta u bb ciotek - obowiązkowa!
W tzw. międzyczasie przeglądam też facebooka. Nie jestem z tych, którzy uważają, że fb zabija realne kontakty międzyludzkie, ogólnie jest złem wcielonym i szeroko pojętą inwigilacją. Wręcz odwrotnie - dzięki możliwościom tego portalu utrzymuję kontakty, które być może dawno by się już urwały. Poza tym, jestem ze wszystkim na bieżąco. Rodząc dziecko, automatycznie wypadamy z obiegu towarzyskiego. Jasne - nie zawsze, nie na zawsze, ale mocno się to ogranicza. Fb jest dobrym sposobem na utrzymanie się na powierzchni towarzyskiej.
Kiedy miałam mnóstwo wolnego czasu niewiele czytałam. W ciąży odpadało - z każdą literką mdliło coraz bardziej. Teraz pochłaniam jedną za drugą. Potrzeba obcowania z literaturą wybuchła z podwójną siłą. Dobrze! Ostatnio była to wyprawa wgłąb Rosji z reportażem Jacka Hugo Badera i wizyta w ciepłej kuchni Borejków.
Bardzo rzadko zdarza mi się spać razem z małą. Już nie raz złapałam się w taką pułapkę. Kiedy ja już zamykam oczy to ona je otwiera. A wtedy bardzo trudno o dobry nastrój. Jakby ten mały człowieczek jakoś to wyczuwał i mówił mi - "mamo, ja śpię - ty czuwaj!".
Od niedawna czas ten poświęcam też na tworzenie notek. Ale nie zasiadam przy tym do komputera. Piszę ręcznie, pozostawiając sobie możliwość bazgrolenia i kreślenia nieudanych fraz. Dopiero gotową przenoszę na laptopa. Są też względy praktyczne - długopis jest dużo cichszy niż klawiatura.
Czasem uda się to wszystko pogodzić w półtorej godziny, innym razem odbywa się to w systemie ratalnym. Niekiedy dochodzą inne przyjemności, bo umilanie sobie codzienności daje więcej sił na uśmiechanie się. Także, a może przede wszystkim, do dziecka, które w tym momencie się przebudziło i patrzy pięknymi, ufnymi oczami na matkę.

Komentuj (0)



Oswajanie przestrzeni 6 listopada 2012

Jeszcze nie czuję się tutaj jak u siebie. Jak zwykle potrzebuję czasu, żeby oswoić się z nową przestrzenią - nawet tą wirtualną. Jestem jak pies, który musi wszystko obwąchać i "oznaczyć". Poukładać po swojemu, otoczyć się znajomymi przedmiotami i przyjaznymi twarzami. Dlatego sporo tu będzie zdjęć - najbliższych, naszego mieszkania, ulubionych rzeczy, smakowitości.

A propos tych ostatnich - w ramach relaksu po mega marudnym przedpołudniu Marceli, zainspirowana sukcesem Nadalki, upiekłam cynamonki z własnej roboty dżemem pomarańczowym. Niech ich zapach rozniesie się po tym, nadal nowym dla mnie, miejscu.

Image Hosted by ImageShack.usImage Hosted by ImageShack.us


***
Dziękuję Wam za przywitanie i dobre słowo! Szczególnie silnej grupie bb ciotek! :)

Komentuj (4)



Jak śliwka w kompot 7 listopada 2012

Dlaczego, chcąc odpocząć, oglądam rodzinkę.pl, spędzam czas na forum internetowym, czytając o tym wszystkim, co mam na codzień, odwiedzam blogi innych mam, obrabiam zdjęcia Marcysi i wreszcie, sama prowadzę bloga o macierzyństwie?
To chyba bez sensu.
Czy ja naprawdę wtedy odpoczywam?
Czy to na pewno jest odskocznia?
Czy to pochłonęło mnie do reszty? Ten domowo-Marcelowo-wirtualny świat? [Edziu ;)]
Wpadłam w to wszystko jak śliwka w kompot. I tak się zastanawiam - kiedy coś się zmieni?
Zmęczona jestem.
I jeszcze ten listopad...


Komentuj (4)



W sklepie 9 listopada 2012


- dzień dobry, poproszę Bajecznego, draże Korsarze, Góralki i te cztery babeczki serowe.
- ojej tyle czekolady, nie wiem czy to dobrze, bo karmi GO Pani piersią?
- nie, nie karmię JEJ piersią...


A moje małe eM już siedzi i uśmiechem przegania listopadowe chmury
 wraz z durnymi myślami matki.


Image Hosted by ImageShack.us

***
Dowiaduję się o nowym, brzuszkowym, istnieniu. Rośnij zdrowo, Lwie Dziecię!




Komentuj (6)



Lista 13 listopada 2012

W ciągu pięciu miesięcy mojego matkowania na liście znienawidzonych przeze mnie słów (związanych z tematem zasadniczym, oczywiście) znalazły się dwie pozycje, jak na razie.

Miejsce pierwsze - przystawiaj!

Bardzo, bardzo chciałam karmić małą piersią. Zresztą, to nawet nie było tak - ja o tym nie myślałam, nie brałam nawet innej opcji pod uwagę i z premedytacją omijałam artykuły o butelkowych mamach. Jakież było moje zdziwienie, kiedy to poród okazał się sto razy mniej traumatycznym przeżyciem niż nauczenie siebie i nowonarodzonego dziecka tej, niby najbardziej naturajnej, czynności. Ból, wściekłość - moja i jej, łzy - moje i jej, nienasycenie. Przez swoje niedoświadczenie, próbę zapanowania nad tą nową sytuacją zasadami nieprzystosowanymi do tak małego dzieciątka (ah, Tracy Hogg i jej złote rady), niedoleczoną żółtaczkę i piekielne, lipcowe upały wylądowaliśmy w szpitalu z chudym jak patyczek, niedożywionym dzidziusiem. Nawadnianie, naświetlanie, leki, no i przede wszystkim - butelka mleka modyfikowanego wyprowadziły nas na prostą. Próbowałam, mimo wszystko, utrzymać laktację - bezskutecznie. Ale to w mojej głowie już zapadła przysłowiowa klamka. Bałam się o córkę, czułam niechęć do karmienia, a reklamowy obraz szczęśliwej matki i ssącego spokojnie, różowego bobaska wywoływał u mnie ironiczne prychnięcie, niedowierzanie i wreszcie, cichą zazdrość. A słowo przystawiaj atakowało mnie zewsząd - z książek, internetowych poradników i ust najbliższych. Jesteśmy butelkowe. Było ciężko podjąć tę decyzję, ale dzięki temu ja jestem spokojna, a Marcelka zdrowa, najedzona i coraz pulchniejsza!!!

Miejsce drugie - przyzwyczai się!

Nie trzymaj ciągle przy cycku - przyzwyczai się i będzię tragedia!
Nie usypiaj przy cycku - przyzwyczai się i nie będziesz miała życia!
Nie noś - przyzwyczai się i będą tylko rączki!
Nie usypiaj na rękach - przyzwyczai się i będziesz nosiła dziesięciokilowe dziecko!
Nie bujaj - przyzwyczai się i nic innego jej się nie będzie podobać!
Nie dawaj smoczka - potem nie odzwyczaisz!

itp. itd.

Że tak powiem - bullshit!!!
Oczywiście, bałam się, że tak będzie. Jednak z każdym dniem przekonuję się, że to nie ma nic do rzeczy. Potrzeby dziecka zmieniają się jak w kalejdoskopie. Raz potrzebuje mojej bliskości i bujania, żeby zasnąć, a po kilku tygodniach marzy tylko o tym, by znaleźć się w swoim łóżeczku i spokojnie zamknąć oczka - samo! Zasypia przy cycku? Ok. Ma taką potrzebę, wkrótce się okaże, że już niedługo nie będzie sobie mogła na to pozwolić. Trzeba ją nosić po jedzeniu, bo refluks męczy? No to trzeba. Chce poznawać świat na moich rękach - ok, byle nie za długo. Muszę wsłuchać się w to, czego w tym momencie potrzebuje moja córka i dać jej to, nie zważając na przestrogi pt. przywyczai się. Jasne, swoim działaniem utrwalamy w maluchach pewne zwyczaje, trzeba się pilnować, ale przede wszystkim nauczyć się jednego - nie przyzwyczajaj się! Czy jest źle, czy dobrze, to i tak niedługo się zmieni.

Komentuj (5)



Literki 15 listopada 2012

Już w ciąży chciałam zabrać się za tworzenie materiałowych literek, z których potem stworzę napis - imię mojej córeczki - i powieszę nad łóżeczkiem. Był tylko jeden mały problem, a może i dwa. Nigdy czegoś takiego nie robiłam, a brzuszkowa dziewczynka nadal nie miała imienia. Kiedy drugi z nich zniknął, bo dziecko się urodziło i imię zostało oficjalnie nadane, pojawił się inny. Każda literka zamówiona na internetowej aukcji kosztuje ok. 20 zł - MARCELINKA - 10 x 20! - dlaczego nie nazwaliśmy małej Ada albo Iga??? Budżet nie przewiduje takich wydatków. Zrobię sama, malutek ma już cztery miesiące, potrafię wygospodarować ciutkę wolnego czasu na działanie twórcze. Odwiedziłam więc krawcową z bloku obok, prosząc o odkładanie mi niepotrzebnych fragmentów jakichś niebrzydkich materiałów. Pani dostała nawet czekoladki, które ewidentnie zmotywowały ją do zrobienia przysługi młodej matce. I kiedy już prawie wszystko było gotowe, rękawy zakasane, nitka nieomal nawleczona, Marcelinka z okazji chrztu świętego dostaje od mojej sis i ojca chrzestnego takie cudo:



Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us  Image Hosted by ImageShack.us  Image Hosted by ImageShack.us


Handmade ich znajomej. W idealnym rozmiarze, ulubionej kolorystyce, z uroczymi ozdobami. Cudo.
A jedna z literek, ta najważniejsza, staje się częścią nazwy i logo tego bloga.


***
Maleństwo wzrusza mnie nocnymi pogaduchami do łez.
 A na spacerze spotykam chłopca, który wygląda, jakby wyszedł prosto z książki Musierowicz. Chyba przed chwilką był na herbacie u Borejków - w końcu na dworze już mroźno.

Komentuj (3)



Dzielna niedzielna 21 listopada 2012

Myśli plączą mi się w głowie, jak kołtuny. Fruwają nieskładnie zamiast łączyć się w ciekawe zdania. Stąd ten chwilowy zastój. Poza tym, jak przystało na użytkowniczki pampersów activ baby (pośrednie - ja i bezpośrednie - Marcysia), jesteśmy aktywne. Niedzielne bieganie naszych przyjaciół sprawiło, że Marcelina mogła sprawdzić się w roli kibica. Mimo tłumu, pana krzyczącego przez megafon, nieznanych twarzy i pośpiechu, była dzielna.
Moja Dzielna Niedzielna!
A dzięki kreatywnej Mamie Chrzestnej było to kibicowanie profesjonalne.


Image Hosted by ImageShack.us


***
Jesteśmy w trakcie realizacji pewnego projektu.
Jak skończymy to się pochwalimy.

Komentuj (1)



Zegar 24 listopada 2012

........marcysia kwili....chyba wstała...rano jest...ale która godzina?...gdzie jest komórka, żeby sprawdzić godzinę?...o raaaany, przed ósmą... kiedy wstawała w nocy?...aaa cześć słoneczko!....zaraz zaraz...było koło trzeciej...znaczy wstała na dobre...głodna...mleko....już wstaję...już............dobra..mam sekundę...marcela zajęła się kopertą... nie spadnie?..nie...no to ok....lecę myć głowę...a może zjeść śniadanie?...szybko..nie, najpierw umyję to w międzyczasie wyschną mi włosy.....ile już nie śpi?...wstała koło ósmej...jest dziesiąta...dwie godziny...znaczy śpiąca...łóżeczko, płyta...hmmm...którą by tu włączyć?.........o masz....coś się wierci....o której zasnęła?...dwadzieścia minut temu...mało!....przydałoby się jeszcze przynajmniej pół godzinki....śpij malutka.........czas na marchewkę?....a może jabłuszko?.............idziemy na spacer.....ile jest po jedzeniu?....pół godziny....może być...raczej się nie uleje...ile już spacerujemy? godzinkę....może więcej....zaraz mi się pewnie wybudzi....trzeba się już kręcić bliżej domu.....za ile małż wraca z pracy?....nooo...pewnie jeszcze godzinka...dwie....muszę się czymś zająć....muszę małą czymś zająć............już po siódmej....czas kąpieli....śpiąca już jest....ok....śpi....mamy czas dla siebie...raaaanyy już jedenasta?....idę spać...przecież niedługo mała wstanie......albo ją coś wybudzi....mam jakieś dwie...trzy godzinki pewnego snu..........oooo marcysia kwili....która godzina????

Codzienny strumień świadomości matki, a przynajmniej jego fragmenty.
W roli głównej - czas.
Od momentu kiedy to w czerwcową niedzielę, leżąc na szpitalnej kozetce, sprawdzałam co ile jest skurcz, jak długo trwa i za ile będzie następny, kontrolowanie czasu weszło mi w krew. To ułatwienie. Zegar, ten z okrągłą twarzą i wskazówkowym wąsem, jest jakby tłumaczem między mną a córką. Kiedy nie wiem czemu Marcyśka zaczyna marudać, zerkam w jego stronę. Wtedy on, z miną ważniaka, mówi mi: Dziewczynka jest głodna!Na co czekasz? Albo: Panience chce się spać! No cóż, trzeba mu przyznać - rzadko się myli. W każdym domu znajdzie się taki odrobinę przemądrzały wąsacz. Polecam się z nim zaprzyjaźnić, szczególnie młodym matkom.



Image Hosted by ImageShack.us

Komentuj (4)



yhym 1 grudnia 2012

Obijam się blogowo. Wiem, wiem. Tajne sprawy związane z gwiazdką pochłonęły nas do reszty. Ale już skończyłyśmy i czekamy na efekty. Z rumieńcem podekscytowania i strachu na twarzy - ja, z błogą nieświadomością - córa. :)
Przyszedł grudzień, chyba czas napisać list do Mikołaja?
Na początek poproszę o cierpliwość (nie do dziecka, do świata) i konsekwencję (nie w związku z dzieckiem, a z pomysłem na siebie). Nie obrażę się też za więcej chęci i motywacji do podtrzymywania kontaktów międzyludzkich, dwa, trzy kilogramy mniej w pasie i uchowanie maleństwa przed kłótniami dorosłych.








Komentuj (2)



Debiut 3 grudnia 2012

W sobotni wieczór, kiedy większość lubelskich studentów szykowała się do ostatniej przed adwentem potańcówki, Marcellini debiutowała w kawiarni. Nie była to jej pierwsza wizyta w tym miejscu. Czasem, podczas spaceru, zaglądałyśmy tam, żeby chwilkę poplotkować z pewną Ciotką-Baristką. Jednak te wizyty były nieświadome, najczęściej w pełni przesypiane. A tym razem był to prawdziwy debiut. Nie przygotowywałyśmy się zbytnio, nie stroiłyśmy się. Było miło, słodko, spokojnie, może tylko ciut za głośno ( nie z naszej strony ;) ). Nie jest to typowe miejsce dla rodzin z dziećmi, nie ma zabawek, kolorowych tablic, podjazdu dla wózków i mikrofalówki do podgrzania słoiczka. Wręcz odwrotnie - wysokie, strome schody, dość głośna koktajlowa muzyka, małe stoliki czekające na plotkujące Panie, pary na pierwszych randkach i biznesmenów z laptopem. Zajadając pyszną tartę, przypomniałam sobie pewien artykuł, na który natknęłąm się kilka tygodni temu. Temat wywołał burzliwą dyskusję w internecie. Sprawa dotyczyła miejsca przeznaczonych wyłącznie dla dorosłych. Strefy wolne od dzieci, bo tak się to ładnie nazywa, mają być alternatywą dla osób chcących odpocząć od piszczących kilkulatków i śliniących się niemowlaków. Do poczytania TUTAJ Sama nie wiem co o tym myśleć. Z jednej strony buntuje się we mnie matka. Jak to? Zakaz wstępu dzieci? Przecież to nie psy. Tylko osoby, zasługujące na szacunek, może nawet bardziej niż niejeden dorosły... Ale gdzieś w głębi pojawia się też drugi głos - że może i jest w tym odrobina rozsądku. Może takie miejsca są potrzebne? Nie tylko świadomie rezygnującym z rodzicielstwa karierowiczom, ale też zmęczonej swoją rolą mamie czy zestresowanemu tacie. Myślę jednak, że gdyby rodzice potrafili sami wyczuć, kiedy ich pociecha może komuś zakłócać miły posiłek/coffierelaks/randkę/biznesowe spotkanie, to naklejki Child Free Zone nie byłyby potrzebne. Dlatego my, kiedy Marcelce wyraźnie znudziło się "bywanie", szybciutko dopiliśmy nasze cappuccino, chwyciliśmy ostatnie kęsy tarty Lion (ah słodycze, do zobaczenia w święta!) i potuptaliśmy na spacer.

 

Musimy to powtórzyć!
Tymczasem, zmęczona dniem pt. chory mąż, ząbkujące dziecko i bolący kręgosłup, mówię dobranoc!


Komentuj (4)



Prezenty 7 grudnia 2012

Świat mam-blogerek wciągnął mnie bez reszty. Inspirują, wskazują ciekawe wydawnictwa, niebanalne zabawki, praktyczne akcesoria. Bawią do łez tekstami kilkulatków. Ileż kreatywności mieści się w matczynych głowach! Zaleciało patosem, wiem. Ale tak właśnie jest. Z jednego świetnego bloga trafiam na drugi. Pączkują i wciągają, jak orzeszki.
Na większości z nich już klimaty świąteczne, mikołajki, prezenty. Na świątecznie jest dla mnie za
wcześnie, ubieramy choinkę na kilka dni przed Wigilią. Ale nad prezentami głowię się już od kilku dobrych dni! Bo głów do obdarowania jest niemało. Z racji zakatarzonych nosów (wszystkich trzech) tegoroczne zakupy niemal w całości odbędą się internetowo. Co zaplanowałam dla Małej?
Chciałabym otoczyć Maliznę pięknymi przedmiotami. Wyrobić w niej gust, zmysł estetyczny daleki od chińskiego plastiku. Pięknie zilustrowane książeczki z zabawnymi tekstami, ciekawe zabawki, przyjemne materiały, przytulne wnętrza, europejskie produkty. Kolory, pastele, szarości i beże. Wiem do czego dążę, zdążyłam też przekonać do tego męża, to już dużo. Gorzej z realizacją - jestem w powijakach. No, ale od czegoś trzeba zacząć. Dlatego prezent gwiazdkowy dla Małej eM będzie przemyślany.
Na pewno w paczce znajdzie się jakaś pozycja książkowa. Najprawdopodobniej, będziemy uczyć się nowych sylab z tańczącą Bintą . Lubię stronę wydawnictwa Zakamarki. Poprzez możliwość zajrzenia do książki rozwiązuje mój problem z internetowymi zakupami (bo ja lubię obejrzeć, pomacać, przeczytać pierwsze zdanie)!
Kolejna na liście gwiazdkowej jest przytulanka z Label Label. Metki są fascynujące!!! Można je gryźć, ślinić, ssać, memlać, odrywać, targać. Myślę, że będzie strzałem w dziesiątkę. Wybór padł na Muuu, ulubione zwierzątko Marcysi.


Ten obok to królik Humprey ze Sterntaler. Maskotka-piszczałka, dopasowana w sam raz do rączki sześciomiesięczniaka. Tylko imię mu zmienimy na prostsze, polskie.

Na koniec zostawiłam sobie wybór rzeczy, która powoli staje się niezbędna - kosz na zabawki. Ku niezadowoleniu mężczyzny, z natury praktycznego i oszczędnego, nie chcę wielkiego, zimnego, plastikowego pudła (najlepiej Curvera!!!). Marzy mi się miękki, obły, dosyć duży, z kolorowym nadrukiem albo pastelowym wzorem. Jest kilka kandydatów, ale ceny powalają:


    
Na tę chwilę wygrywa kosz Szop z 3 Sprouts, duże szanse ma też jego firmowy koleżka Paw. Nie wiem tylko co na to mężczyzna... i nasz budżet!

No, ale do Gwiazdki jeszcze trochę! Tymczasem odwiedził nas Mikołaj. Może i jest plastikowo (Bright Stars), ale Marceli się podoba. Można przekładać z rączki do rączki, gryźć, turlać, przeglądać się i zaplątywać, grzechotać, piszczeć, kopać, - czegóż chcieć więcej? Ah! Oczywiście nie obyło się bez Muuuu.

  




A ja, dzięki Mikołajowi z brodą (wcale nie siwą), grudniowe wieczory spędzę z Mistrzem i Małgorzatą :)

Komentuj (8)



Na etacie 15 grudnia 2012

Dziesiątego grudnia minęło pół roku na etacie MAMA Marcysi. Pierwsze trzy miesiące ciągnęły się niemiłosiernie. Teraz już miesiąc za miesiącem mija nie wiadomo kiedy. Sześciomiesięczniak ma za sobą pierwszy katar w życiu. Jak to trafnie ujął kolega - teraz wszystko będzie pierwsze. Te debiuty (wyłączając choroby) to sama radość. Szczególnie ostatni - głośny śmiech. Długo czekaliśmy, ale się doczekaliśmy. Pani Poważna Urzędniczka uchichrała się z potrząsającej głową mamy.




Siedzi!
Przez chwilkę, ale siedzi!



Góra prezentów rośnie, kurierzy mijają się w windzie a to jeszcze nie koniec. Wciąż czekam na kilka paczuszek, m.in. na przesyłkę od radiowej Trójki :) Wychodzący w niedziele wieczorem na mszę mąż, zapowiedział - posłuchaj audycji Z najwyższej półki za mnie i ślij maile, bo można wygrać ciekawe książki. Wiedziałam, że mu zależy, więc uśpiłam szybciutko Marcelkę, słałam i ... UDAŁO SIĘ! Wygrałam wielką księgę, którą M. tak bardzo chciał znaleźć pod choinką!
Historia Trójki w 33 odsłonach. Ogromny format, setki stron. Kosztuje niemało, więc gdyby nie Redaktor Nogaś raczej nie zagościłaby na naszej półce. Bardzo się cieszę!




Książka Mistrz i Małgorzata została została pochłonięta i tak jakoś podejrzanie zgrywa się z numerem jeden piątkowej listy przebojów Trójki
T. LOVE - Lucy Phere


Komentuj (3)



Pierniczymy i my! 16 grudnia 2012

Większość dziewczyn, żon, córek, matek, i babć ogarnął przedświąteczny piernikowy szał! Istna piernikomania! Zakup foremek do wykrawania ciasteczek graniczył z cudem - wszystko poszło, jak świeże bułeczki. Ale gdzieś w tradycyjnym sklepie z artykułami gospodarstwa domowego, pomiędzy porcelaną, papierowymi ręcznikami a blachami do ciast, znalazłam kilka sztuk o uniwersalnych kształtach (jest też kurczaczek i zajączek, no cóż muszą poczekać!). I tak oto przyłączamy się do piernikowego szaleństwa. Robiłam je po raz pierwszy i przekonałam się ile to sprawia radości! W przyszłym roku będzie jeszcze przyjemniej, bo Marcelka będzie aktywnie uczestniczyć w naszej nowej tradycji!

 



 

Jutro pochwalę się upieczonymi i przyozdobionymi :)


Komentuj (6)



Łozdóbki 17 grudnia 2012

Zgodnie z zapowiedzią wrzucam troszkę fotek przystrojonych pierniczków. Wybrałam kilka, bo Malizna dziś średnio ze mną współpracuje, a jak duże eM wraca z pracy to jest już za ciemno na zdjęcia. Powiem Wam - rozochociłam się :) dziś chyba zmajstruję swój lukier i bedę działać dalej. Być może rozkręcę się na tyle, że zrobię kolejną porcję!
Historia pierniczków podpisanych naszymi imionami jest bardzo romantyczna. Siedziały obok siebie (zupełnie jak kiedyś my - w szkole). Tak bardzo się polubiły, że z piekarnika wyszły już połączone. Myślałam, że dotrwają tak do kresu swoich dni, kiedy to smacznie osiądą na dnie jakiegoś brzuszka-łakomczuszka. Jednak nie było im dane. Podczas otwierania pudełka, gdy wybierały się na sesję zdjęciową, zabrzmiało cichutkie trachhh. Usłyszałam to ja, Malizna, a nawet reszta pierniczków. Zrobiło nam się troszkę smutno. Ale nic to! Nadal leżą obok siebie, razem - a jednak osobno. Mam nadzieję, że nas to nie spotka! O nie!






A Marcelka stworzyła już list do Świętego Mikołaja. Chyba cuś jej się pomieszało, przecież pod choinką prezenty zostawia Gwiazdka ;) A może pamięta? I już wypatruje? Hola, hola dziewczynko - jeszcze tydzień!




Paproszki wszelkiej maści uwielbiają czarne body!

Komentuj (1)



Matka Polka Feministka 18 grudnia 2012

Małe eM leży sobie na wyrku i kręci się przeokrutnie. Ja wieszam prańsko. Włączamy Trójkę a tam leci Matka Polka Feministka. Audycja, podczas której głos mają matki często przedstawiające macierzyństwo w zgoła innym świetle niż telewizyjne reklamy czy cukierkowe czasopisma (a może akurat tak trafiam?) I tak słuchamy o kobietach, które wcześniej nie odważyłyby się głośno mówić o tym, jak to nie lubią karmić piersią,  nudzą ich zabawy na dywanie, przesiadywanie na placu zabaw czy wspólne pierniczenie. Nie potrafią śpiewać kołysanek, skakały z radości wracając do pracy a swoje dzieciaki najchętniej wysłałyby do babci na... dłużej... Media zachwycają się, że to niby takie nowe, takie odkrywcze, ba! pionierskie. Ale czy na pewno? Na pewno trendy. Internet pełen jest takich blogów (np. ostatnio odkryty F jak Frustratka). Wydawnictwa zapełniają półki w Empiku książkami autorstwa mam blogerek, przedstawicielek nurtu, który przystawiając do istniejącego w literaturze dziecięcej nurtu antypedagogicznego, nazwałabym antymacierzyńskim. Taką autorką jest m.in. bohaterka dzisiejszego odcinka - Matka Sanepid.
Nie żebym też czasem nie miała dosyć - nawet częściej niż czasem.
Nie żebym nie chciała czasem napisać wypowiedzenia, zwolnić się z etatu mama albo chociaż pójść na L4 - nawet częściej niż czasem.
Nie żebym była przeciwniczką - historie są zabawne (nawet bardzo), często prawdziwe, a myśli jakby wyjęte z głowy przeciętnej matki.
Tylko jakoś tak od zawsze denerwował mnie ten feministyczny język kobiet wyzwolonych. Daleko mi do feministki, bardzo daleko. Matką Polką też się nie czuję. Więc kimże ja jestem? Kiedyś Kumpela tafnie określiła się Matką Poszukującą, a ja? Matka ...... Matka... Matka Sratka.

Komentuj (4)



kalendarz 30 grudnia 2012

Już po Bożym Narodzeniu, ale na blogu jeszcze przez jakiś czas panować będzie poświąteczna atmosfera. Będzie o prezentach - Marcysia dostała kilka wspaniałych zabawek - do polecenia! Będzie o pakowaniu - u nas też królował szary papier. Będzie o upominku dla sąsiadów - tym razem nie daliśmy się zaskoczyć. Ale o tym wszystkim później. Dziś chciałabym wreszcie pokazać efekty naszej tajnej misji, która już nie jest tajna. W prezencie dla babć, dziadków i mamy chrzestnej zrobiłyśmy z Marcelinką kalendarz. Nie chciałam wybierać ze zdjęć, które już mam (a mam ich troszkę - wierzcie!) Wymarzyłam sobie specjalne sesje zdjęciowe na każdy miesiąc nowego roku. W listopadzie ciężko o dobre światło do zdjęć w mieszkaniu, jednak dałyśmy sobie radę. Tu bym poprawiła, tam bym zrobiła troszkę inaczej, ale ogólnie jestem bardzo zadowolona z efektu! Nawet wierszyki wyszły tak jakoś... składnie ;)

 Enjoy!





styczeń - W styczniu Marcelinki obchodzą imieninki.
luty - Ciepła czapa w ferie to nie fanabierie!



marzec - W marcu jak w garncu, cóż to znaczy? Może mi tata wytłumaczy?
kwiecień - Jak kwiatki na wiosnę, tak i ja rosnę!



maj - W maju rodzice ślubowali, że zawsze się będą kochali. W to mi graj, wiwat maj!
czerwiec - Koleżanko! Kolego! Złóż mi życzenia dziesiątego!



lipiec - Słońce, plaża i wakacje to lipcowe są atrakcje!
sierpień - Gdy zboże już w stodole leży, odpoczynek się należy!



wrzesień - Gdy w szkole tyle dzieci się leni, ja już mam dyplom w kieszeni!
październik - Tej jesieni proszę Pana chcę się zmienić w melomana!



listopad - Czasem w listopadzie jeżyka znajduję w sadzie!
grudzień - Śnieg, prezenty i choinka na to w grudniu czeka Marcelinka!

Obdarowani byli zachwyceni. To najważniejsze! A i ja, patrząc na ścianę (mamy swój egzemplarz), uśmiecham się do siebie!

Komentuj (4)


Image Hosted by ImageShack.us
Zapiśnik młodej matki małego eM
Żony dużego eM
Gospodyni małego eM 2
Image Hosted by ImageShack.us

Male eM
Pierworodna córa,
Marcelini herbu Zielona Pietruszka,
Marcysia, Pysia, Marcelka, Marcelinka,
urodzona w drugą niedzielę
czerwca 2012r.
tuż po teleexpresie.


Archiwum

2017

2016

2015

2014

2013

2012

grudzień
listopad


Image Hosted by ImageShack.us

Zagladam do:

O tym ze

Szafa Tosi

MerySelery

Lena i Kuba

Basia Szmydt

Z widokiem na ...

Niedzwiedzie Dzieci



Image Hosted by ImageShack.us