2013 2 stycznia 2013

Nowy Rok!
2013!
Rok możliwości, być może rok spełnienia?
Będzie pięknie! To, jak spędziliśmy pierwszy dzień nowego roku daje taką nadzieję :)
 
Zawsze gdy budzą nas promienie słońca, pojawia się pytanie - to gdzie jedziemy? Wczoraj nie było inaczej.
W Kazimierzu Dolnym przeważnie witamy wiosnę. Tym razem powitaliśmy tam nowy rok. Może powstaje nowa świecka tradycja? :) Nie wiem skąd mi się to wzięło, ale najchętniej wymysliłabym dla Marcelinki jakąś tradycję na każdy dzień roku ;) Cały czas mam w planach stworzenie takiej listy naszych rodzinnych corocznych zwyczajów. Na święta Bożego Narodzenia - pierniki, na wiosnę - Kazimierz i topienie marzanny, na adwent - kalendarz, na dzień dziecka - coś, na prima aprilis - coś, na pierwszego września, na pierwszego maja itp itd. Niektóre wynieśliśmy z naszych domów, inne powstały w czasach narzeczeństa, a pojawienie się na świecie Marcyśki motywuje do tworzenia kolejnych... Aż chciałoby się wznieść ręce do góry i niczym Tewje Mleczarz ze Skrzypka na dachu zakrzyknąć tradycjaaaaa!!!!

        

Pierwsze mięcho - w restauracji, a co!











          

Komentuj (5)



Kosz 4 stycznia 2013

Jak już wspominałam kilka notek temu - liczba zabawek zaczyna przekraczać stan alarmowy, kosz potrzebny od zaraz! Zaglądając do portfela zdecydowaliśmy, że jednak nie będziemy zamawiać upatrzonych prze mnie wcześniej cudeniek. Szukając tańszej opcji zawędrowaliśmy do Jyska w poszukiwaniu kosza wiklinowego. Cała ogromna półka zapełniona takowym towarem. Wpadają mi w oko dwa kosze, jeden z nich dyskwalifikuje pan mąż twierdząc, że nie będzie żył pośród koronek i już. Ojjj ciężko by on miał z żoną rozkochaną w stylu decoupage. Drugi ustawiałam przodem, bokiem, podnosiłam, przestawiałam, wędrowałam z nim do kasy, wracałam i tak kilka razy. Został w sklepie. Nie znoszę kupować czegoś bez stuprocentowego przekonania, noo - przynajmniej powyżej dziewiędziesięciu. Po kilku dniach, gdy zabawki zajmowały pół kanapy i naprawdę TRZEBA było coś kupić, zapakowaliśmy Marcelkę do samochodu i pognaliśmy do Pepco po zwykłe, tekturowe pudełko z kolorowym nadrukiem. I co? I natknęliśmy się na spełniający wszystkie moje wymagania kosz. Miękki, sporych rozmiarów, w ulubionych beżach z czerwonym akcentem, z marynarskimi uszami. Dla mnie strzał w dziesiątkę. I uwaga! Kosztował 20 zł!



Najbardziej pasuje do Humphrey'a Mokre Ucho. Tak, pozostaliśmy przy oryginalnej nazwie dodając jedynie przydomek Mokre Ucho. Nie bez powodu oczywiście. Jego uszy najczęściej lądują w Marcelkowej buźce przynosząc ulgę swędzącym dziąsełkom (nadal czekamy na pierwsze perełki). A jak już jest po wszystkim suszy się leniwie na kaloryferze.



A jak już jesteśmy przy zabawkach - chciałabym polecić kilka z najnowszych nabytków (ah Gwiazdko!)
Bezsprzecznym numerem jeden jest sprzęt grający. Grający uczący. Tak go zwą. Dla nas to grający rozśmieszający. Szperając w sklepie z zabawkami w poszukiwaniu prezentu Mikołajkowego, nacisnęłam przypadkowo ten kulfoniasty pomarańczowy przycisk i ... popłakaliśmy się ze śmiechu! Piosenki są bardzo zabawne i zaśpiewane w taki sposób, że nie da się nie parskąć śmiechem. Wtedy stwierdziliśmy, że jeszcze ciut za wcześnie na tego typu zabawkę. Teraz Marcysia się z nią nie rozstaje, uderza miarowo w wielki pomarańczowy przycisk wprawiając w ruch koło a my śpiewamy na całe gardło Moja owieczka miękką wełnę maaaaaaaaaaaa...



A jak mamy dosyć plastiku i chcemy zatopić paluchy w czymś mięciutkim, potrząsnąć, potelepać, poturlać albo pomemlać jakąś metkę to sięgamy po piłeczkę/kulę z Snoozbaby. Idealna estetycznie.



Ciekawą zabawką prezentową jest też Krokodyllllo. Wygląda jak zwykły pluszak a ma w sobie grzechotkę, szeleszczący ogon, gryzak i uroczą rybkę, którą można ZJEŚĆ! A jak się znudzi to hop siup - rozpada się na części. Taki z niego gad gagatek.




cdn...

Komentuj (8)



Powody 8 stycznia 2013

Ciąg dalszy tymczasowo nie nastąpi. Powodów jest trzy:

Marcelina Skrzecząca Pełzak
Anna Smarcząca Bezsiłek
Michał Pracujący Kursik

Pozdrawiamy!




Komentuj (9)



Muzycznie 14 stycznia 2013

Od kilku dni jestem całkiem zdrowa. Michał kurs skończył. Marcelce odwidziało się pełzanie. Nie ma więc na co zganiać - trzeba wracać! :) Miał być post o zbawiennym wpływie głosu Grzegorza Turnaua na samodzielne zasypianie Marcelki w dzień, ale to już nieaktualne. Mógłby być za to post o wpływie lewej dolnej jedynki na samodzielne zasypianie Marcelki w dzień, ba! zasypianie w ogóle. Ale i tak nie możemy narzekać. W sumie całkiem niepostrzeżenie pojawił się w buzi mały twardziel i szczelękając pod łyżeczką oznajmił - JUŻ JESTEM!

Ale płytkę, którą Mała eM dostała od Mamy Chrzestnej polecamy bardzo! Choć pewnie większość mam już o niej słyszała i ma ją w swoich zbiorach. Myślę, że jeszcze nie raz utuli Marcysię do snu. A ja przyłapałam się na tym, że podśpiewując fragment jednej z piosenek jakoś tak całkiem mimowolnie podkreślam ostatnie wersy...

Kiedy kleją ci się oczy

To już mówić nie ma o czym


To już trzeba tylko spać


Płynąć w kolorowym niebie


I odpocząć ciut od siebie


Żeby rano znowu chętnie wstać





Marcelina, jako nieodrodna córka swoich rodziców, zaczęła tworzyć własną
płytotekę. A to za sprawą cioteczek! Druga pozycja to Jazzowianki.
Pięknie zilustrowana okładka zachęca rodziców i maluszki do zapoznania
się z jazzowymi standardami w trzech odsłonach - do rozrabiania, do
wyciszania i do tańcowania.




Komentuj (7)



Mały czytelnik 15 stycznia 2013

Podobno wykształcenie zobowiązuje. Szkoła dla poetów skończona? Skończona! Konwersatorium Literatura dla dzieci i młodzieży zaliczone na piątkę? Zaliczone! A kiedy na zbliżające się imieniny chcę Marcelinie kupić niegłupią książeczkę z niebanalnymi ilustracjami, co robię? Wysmarowuję wiadomość do Olgi, autorki bloga o tym że... , na którego trafiłam zaraz po rozpoczęciu mojej przygody z blogowaniem. Koleżanka po fachu, mama złotowłosej Ewki. Czuję, że mogę uderzać bez wahania, mimo że nie znamy się zbyt dobrze - nie mylę się. W odpowiedzi na pytanie o takową pozycję w twardym wydaniu Olga sypnęła propozycjami, a kilka dni póżniej pognaliśmy do Empiku. Podchodząc dziarsko do informacji pytam o tytuły - Bardzo głoda gąsiennica, Różnimisie, Pierwsze urodziny prosiaczka... Michał na dźwięk słowa prosiaczek spojrzał na mnie i ze zdziwieniem zapytał - "Tego prosiaczka????". Oboje nie lubimy Kubusia Puchatka. "No co Ty!?!" - rzuciłam i zniknęłam razem z empikowym panem między regałami. Znaleźć konkretną książeczkę w stosie kolorowych tekturek nie jest łatwo. Niestety nie udało się odszukać gąsiennicy, na której zależało mi najbardziej. Ale nic to! Bo... bo... bo ja się zakochałam! Jak tylko zobaczyłam ilustracje Aleksadnry Woldańskiej-Płocińskiej i przeczytałam kilka zdań o oczekującym gości prosiaczku, wpadłam po uszy. Zabawne, ciepłe, piękne!

 

 

 

Podczas przeglądania kolejnych półek (nie poddałam się szybko, przecież gdzieś musi być ta głodna gąsiennica!!!) wpada nam w ręce inna z polecanych książeczek. Nie porwała mojego serca tak jak prosiaczek, ale również wróciła z nami do domu. Za kolejnymi kolorowymi drzwiami (do których trzeba obowiązkowo zapukać!) kryją się nowi przyjaciele...






I tak oto zaczynamy tworzyć małą bliblioteczkę. Bez bylejakości spod kasy w supermarkecie. Mimo że właśnie w ten sposób zakupiliśmy pierwszą książeczkę Marcelinki (uwaga - zawstydzam się). Chwila moment, gdzieś między makaronem penne a pomidorami. Inaczej było już z Bintą, którą Marcelka znalazła pod choinką. Lubimy ją bardzo (no a skąd się o niej dowiedzieliśmy? noo od kogo? ;) ). Musimy jednak czytać ostrożnie - nie do końca przemyślałam sprawę miekkich stron, błędnie uważając, że wśród tekturowych pozycji nie znajdę nic ciekawego.

Dzięki Olga! Za motywację, inspirację i porady!



A co czyta mama?
Znów znalazłam się na Syberii... Nie wiem, czy to nas tak ciągnie w te strony, czy to ostatnio modny kierunek?
Przez dziki Wschód - reportaż z wyprawy trzech młodych podróżników, którzy ruszyli śladami słynnej ucieczki z gułagu. I choć nie można tego porównywać - nasza autostopowa wyprawa do Włoch, którą odbyliśmy w poprzednim życiu (czyt. przed poczęciem małej eM) nie umywa się do kilkumiesięcznej podróży przez dzikie tereny. Ale kiedy chłopaki siedzą i czekają na kolejną "okazję" to mam wrażenie, że wiem co czują.


zaraz zaraz.....
a co z gąsiennicą?
Noo zamiast bardzo głodnej gąsiennicy wynieśliśmy z Empiku bardzo głodną Marcelinę.

zamówi się przez internet ;)

Komentuj (6)



Klik klik / Puk puk 17 stycznia 2013

Mimo wcześniejszych rozmów z dużym eM, w czasie których ustaliliśmy, że kupno następnych książeczek z listy zostawiamy na przyszły miesiąc, właśnie kliknęłam ZAMAWIAM. I Bardzo głodna gąsiennica wraz z Różnimisiami już jutro powinny cieszyć nasze oczy :) No truuudno, w końcu są imieninki...

A sąsiadka jakby wiedziała, czym ostatnio się zajmujemy i sprawiła nam niespodziankę. Zastukała wczoraj do naszych drzwi i wręczyła mi cztery książki dla Marcelinki. Nie jest to szczyt graficznych możliwości, ale wierszyki są naprawdę ciekawe i zabawne. A ja właśnie najbardziej lubię, jak jest zabawnie.

Komentuj (7)



Wąsiska 22 stycznia 2013

Wiem, miałam napisać o nowych książeczkach. Ale znam kogoś, kto już to zrobił ;) Na dodatek jak zwykle w ciekawy sposób. Zainteresowanych odsyłam zatem do Olgi - recenzja gąsiennicy i różnimisiów . Od siebie dodam, że tych drugich Marcelina zdaje się za bardzo jeszcze nie chwyta, a do gąsiennicy odrobinę brakuje jej cierpliwości. Najulubieńsza jest Binta i bajka o żuku, który zakochał się w biedronce.

W związku z dzisiejszym Dniem Dziadka urządziłyśmy z Marcysią mini sesyjkę z wąsem. Bo właśnie z tym atrybutem kojarzą nam się dziadkowie. Przez pierwsze kilka ujęć wąs dzielnie się trzymał i nie wzbudzał zainteresowania modeleczki. Jednak już po kilku chwilach cel był jeden - natychmiast pozbyć się dziwnego, czarnego wąsiska, które niespodziewanie wyrosło pod nosem!
 



A wczoraj?
Czy wy też macie niemal dziewięćdziesięcioletnią babcię, z którą możecie napić się wiśnióweczki?
Przemiły wieczór!

Komentuj (10)



ups! 29 stycznia 2013

Wiem, że coś szwankuje.
Postaram się coś z tym zrobić jak najszybciej.
Tymczasem zęby, wysypki, katar, alergolog, zakupy, gotowanie, zmywanie, w głowie zamieszanie, plany  tralalalalala.... matkowanie na pełen etat.
Jutro? Pojutrze?
Dobra?
:)

Komentuj (4)



W sieci 5 lutego 2013

Jestem niewolnikiem internetu.
Mimo że urodziłam się kilka lat wcześniej niż dzieci neostrady, to mam wrażenie, że należę do pokolenia, dla którego przeplatanie się dwóch światów – realnego i wirtualnego to normalka. Już jako czernasto, piętnastolatka przemierzałam busikiem drogę z rodzinnej wsi do wojewódzkiego miasta na zlot lubelskiej czaterii. Zakładałam pierwszego bloga, zawierałam tuziny internetowych znajomości, gadu-gadowałam po nocach, kryjąc się przed tatą strzegącym internetowego limitu impulsów (o jakim marzeniem był stały dostęp do sieci!). Dziś, zaraz po przebudzeniu, kiedy powitamy się z małą eM promiennymi uśmiechami, wymienimy porozumiewawcze GA! BA! BO! i obowiązkowego buziaka, moje myśli powoli uciekają do wirtualnego świata. Razem z nami budzi się ciekawość – co tam nowego na facebooku? Jak się czują forumowe ciotki? Czy na ulubionych blogach pojawiły się nowe wpisy? Jeszcze dodać zdjęcia tu, tam, siam. Sprawdzić pocztę.
Za dużo tego wszystkiego.
Już od pewnego czasu czuję przesyt.
Oczy bolą od wypatrywania nowych informacji. Być może zupełnie niepotrzebnych.
I właśnie teraz trafiam na notkę Julii z Szafy Tosi. Daje mi to podwójnie do myślenia. Pół wieczoru dyskutujemy o tym z dużym eM. W zasadzie to ja dyskutuję sama ze sobą, zasypując się argumentami ZA i PRZECIW, niczym gimnazjalista, któremu w ramach pracy domowej zadano napisanie rozprawki: „Internet – pożytek czy strata czasu?”.
Boję się, że Marcelinka będzie miała w głowie obraz głowy matki wystającej zza ekranu laptopa. Nie, nie chodzi zaniedbana, zasmarkana, głodna i spragniona bliskości. Bawimy się na podłodze, całujemy, chichramy do łez, kokosimy, tańczymy, śpiewamy, chodzimy na spacery. Ale czy to wszystko jest na sto procent? Przecież myśli często wędrują gdzieś do cyberprzestrzeni. Bo jak by jeszcze chwilkę pospała, to zdążyłabym sprawdzić to i owo. A jak jeszcze sekundkę zajmie się tą piłką, to tylko zerknę na pocztę! Tym bardziej martwi mnie to teraz, kiedy małe chłonie wszystko jak gąbka. Patrzy uważnie głodne informacji o świecie. I to JA mam ją nauczyć jak żyć pełnią życia! Życia naprawdę, nie w komputerze. 
Boję się, że te wieczory kiedy leżymy z dużym eM razem... RAZEM, nie obok siebie, wpatrzeni w świecące ekrany, będą coraz rzadsze.
Boję się, że te internetowe znajomości wezmą górę nad realnymi. I jak kiedyś zabraknie łącza, to nie będę się miała do kogo odezwać. Nie raz łapię się na tym, że opowiadam dużemu eM o kimś, kogo nie znam osobiście, a on to już w ogóle nie ma pojęcia kim jest ta dziewczyna, której dziecko zaczęło raczkować. I sama zdaję sobie sprawę z tego, jak głupio to brzmi.
Boję się, że tracę czas na coś, bez czego spokojnie można żyć. Przekonaliśmy się o tym na drugim roku studiów wynajmując mieszkanie w starej lubelskiej kamienicy bez dostępu do sieci.
Boję się, że życie ucieka mi przez palce. Że zamiast coś robić, działać – podglądam jak inni to robią.
I kiedy w myślach kasuję już konto na facebooku i bloga. A dziewczynom, z którymi przegadałam ostatni rok, przeżywając jeden z najważniejszych i najtrudniejszych okresów w moim życiu, mówię  „cześć!” to rodzą się wątpliwości i ogarnia mnie smutek.
Przecież czerpię z tego tyle przyjemności.
Na portalach społecznościowych pokazuję Marcelinkę przyjaciółkom, które rozjechały się po Polsce. Jej pierwsze uśmiechy, zabawy, spacery. Dostaję ogromną porcję pozytywnej energii od kilkudziesięciu wspaniałych kobiet, które tak jak ja kilka miesięcy temu zostały matkami. Po raz pierwszy lub nie. To dzięki nim spełniam nieśmiało swoje marzenia i jestem na dobrej drodze do samorealizacji. Z kilku blogów czerpię inspiracje do zabaw, informacje na temat nowych zabawek, gadżetów. Zawieram znajomości, które przenoszę do rzeczywistości. Wymieniam myślami, otrzymuję moc miłych słów, pomoc w niejednej sprawie. Umilam sobie czas przedpołudniowej drzemki Marcelki i czekanie na powrót z pracy dużego eM.
Czy w dzisiejszych czasach można w ogóle mówić o rozdzieleniu tych światów? Przenikają się dogłębnie i już nie wiem czy jedno mogłoby istnieć bez drugiego?
I tak myślę, analizuję, próbuję znaleźć złoty środek. Ustalić sobie godziny korzystania z tego dobrodziejstwa? Uważnie wyselekcjonować odwiedzane strony? Przesiać to wszystko przez porządne sito?
Tymczasem, mimo poczucia skradzionego czasu, przeniosę tę notkę do komputera, wstawię ją na bloga, udostępnię linka na facebooku i nie omieszkam też o wszystkim poinformować forumowe koleżanki.

Niewolnica?
Normalna dwudziestopięciolatka?


Komentuj (9)



Kino 17 lutego 2013

Odkąd zaczęliśmy życie we trójkę tylko raz było mi dane zasiąść w sali kinowej. Musiałam przecież zobaczyć film o Paktofonice na dużym ekranie! O jak dobrze było znów poczuć pod sobą te nie za wygodne siedzenia, zobaczyć kurz w wiązce światła zmierzającej ku ekranowi, no i ten dreszczyk emocji - gdy robi się ciemno a na sali zapada cisza. Wolimy jedyne w mieście, uchowane cudem, stare kino od wielosalowego Cinemacity w galerii handlowiej. Wiecie, takie ze skrzypiącymi siedzeniami, panem bileterem, czerwonymi kotarami zawieszonymi w drzwiach. Jeszcze kilka lat temu mielibyśmy takie pod oknem. Teraz jest tam plac budowy. Moja pierwsza w życiu samotna wyprawa do kina, choć była przyjemna (oczywiście, że biegłam w jedną i drugą stronę, a w trakcie filmu kilka razy zerkałam na ekran wyciszonego telefonu), to jednak brakowało mężowskiego ramienia obok. Takie ramię się czasem przydaje ;) Jak jest straszno, albo gdy ciężar filmu jest nie do wytrzymania! Najczęściej chodzimy na mocne, dobre, polskie filmy. Nie zobaczysz nas na komedii romantycznej czy typowym filmie akcji. Z racji wchodzącego właśnie na ekrany kolejnego dzieła Wojtka Smarzowskiego wymarzyliśmy sobie wspólne wyjście do kina (idealna okazja!). Umówiliśmy się z babcią, że kiedy Mała zaśnie to my wyjdziemy. Miało to wyglądać tak jak zwkle, nic prostszego. Marcelinka pada po kąpieli i śpi twardo przynajmniej do północy. Yhym. Już kiedy wstała z drugiej drzemki o godzinie 17.30, wiedziałam, że nie będzie łatwo. Ale nic to! Wybawimy ją, wymęczymy, może się uda? Zbliżała się ósma...
Wzięłam ją do kąpieli, mimo że jeszcze ani razu nie ziewnęła.
Kąpiel była błyskawiczna (seans 20.30!), mimo tęsknego wzroku Malizny za pluskającymi się nadal kaczuszkami.
Dałam jej mleko, mimo że raczej nie była jeszcze bardzo głodna.
Niby wszystko było tak jak zwykle. Ale oczka, choć coraz mniejsze, nie chciały się zamknąć.
Położyć, teraz głaskać, ale w odpowiednim miejscu, w dobrym momencie przestać. Trzymać za rączkę, ale nie krępować jej ruchów. Śpiewać, ale nie za głośno i nie za cicho. Może wziąć na ręce? Byłoby szybciej. Oddycha spokojnie, miarowo - odłożyć? Czy jeszcze chwileczkę? Położyć, ale w odpowiedni sposób! Przykryć już teraz? Czy za chwileczkę? Smoczek nadal potrzebny czy już nie? Usypianie dziecka to strategia, przemyślana taktyka, której nie powstydziłby się amerykański generał. Szczególnie jeżeli zależy ci na czasie. Marcysia chyba wyczuła, że mama jakaś zestresowana, że buja jakby bardziej nerwowo, zerkając co chwila na zegarek. Postanowiła więc pobić absolutny rekord w zasypianiu - dwie godziny! W końcu, padła wykończona o 22. Mniej więcej w tym czasie, kiedy widzowie Drogówki wstawali z kinowych siedzeń. A może nadal tam tkwili? W końcu to film Smarzowskiego - ciężko się podnieść i po prostu wyjść z kina.


walka wieczoru
Marcelina vs Kino
(1:0)



 


Komentuj (14)



20 lutego 2013

Po pierwszej od kilku miesięcy ciężkiej i nieprzespanej z powodu choroby nocy próbuję położyć Marcysię na drzemkę. Kładę ją, ona siada, głaszczę ją, ona się denerwuje, śpiewam cichutko, ona wstaje. W końcu zirytowana daję za wygraną, wsadzam głowę w poduszkę i rzucam nerwowe: a rób co chcesz!!! Po czym małe eM odwraca się do mnie plecami i zasypia w minutę....

 
zdjęcie komórką, żeby przypadkiem dźwięk opadającego lustra nie przerwał snu

***

Ale żeby nie było tak monotonnie z tym usypianiem ;) pokażę Wam coś, co mimo choroby udało nam się stworzyć. Mama Chrzestna Marcelinki ma dziś urodziny. Wiedziałam, że najbardziej ucieszą ją życzenia prosto od chrześnicy. Przewertowałam więc całe archiwum PANI i stworzyłam mini kolaże (takie w wersji ekspresowej). Przez chwilę poczułam się jakbym znów miała naście lat i wyklejała z zapałem kolejne kartki swojego pamiętnika. 

Prezentuje Malizna na nówka sztuce dywanie (nie, nie jest fioletowy :D)
 Sto lat Miczka!!!



Komentuj (8)



Wychowanie 2 marca 2013

Ojczyznę kochać trzeba i szanować. Nie deptać falgi i nie pluć na godło. Należy też w coś wierzyć i ufać. Ojczyznę kochać i nie pluć na godło. Śpiewał Muniek. A ja zaczynam się zastanawiać - jak dobrze wychować pierworodną? I choć o te najważniejsze wartości jestem dosyć spokojna, licząc na to, że to co sobą reprezentujemy przyniesie efekty, tak wizja wpojenia małej podstawowej zasady mamy i taty trzeba się słuchać, troszkę mnie przeraża. Jakkolwiek to brzmi - dziecko mi dorasta ;) Nie jest to już wyłącznie opieka pt. zmień pieluszkę, nakarm, ukołysz do snu. Marcelinka kształtuje swój charakter, wyraźnie pokazuje co jej się podoba lub nie. Ciekawość świata pcha ją w najciemniejsze kąty mieszkania. Raczki, pełzaki i koślawe próby wstawania narażają małą głowę na wszelkiego rodzaju urazy. Te pierwsze już mamy za sobą. Kable i gniazdka wygrywają ze wszystkim! Co tam kolorowe zabawki! Elektronika to jest to! Uczę się modulować głos, by NIE, NIE MOŻNA, NIE WOLNO brzmiało wystarczająco stanowczo. Na co pozwalać? Co odpuścić? Rodzice przestrzegają "nie pozwól sobie wejść na głowę" a ja zastanawiam się - jak to zrobić? A to dopiero początek...

Z ostatniej chwili:
Od kilku dni Marcyś raczy nas przesłodkim gaworzeniem. Kładzie nas to na rodzicielskie łopatki. Jednak dziś dziecko straciło głos całkowicie. Bezgłośnym płaczem informuje nas o swoich potrzebach. Bidulka.


Komentuj (4)



Powrót matki marnotrawnej? 23 października 2013

A może by tak wrócić??
Tylko bardziej na luzie?



Komentuj (1)



Kredą po ścianie 24 października 2013

Wszyscy mają tablicę, mam i ja!
W życiu każdej kobiety przychodzi czas, kiedy to w prezencie urodzinowym zamiast kwiatów i biżuterii chce dostać puszkę farby. Farby tablicowej. U mnie przypadło to na dwudzieste szóste urodziny :) Duże eM wzięło więc wałek do ręki i wymalowało. Ścianę w kuchni. Ile radości! Pierwsze maźnięcie kredą po świeżo wymalowanej czarnej powierzchni - rewelacja! Góra jest nasza, dół małej eM. Na początku myślałam, że będziemy pisać po niej klasycznie - białą kredą. Jednak, jak się okazało, były też kolejne prezenty - pudełko kolorowej kredy i książka W Paryżu dzieci nie grymaszą. O tej drugiej kiedy indziej, bo lektura jeszcze trwa.
Tablicę polecam każdemu.
Dla dzieci - frajda!
Dla dorosłych - sposób na przekazanie miłych słów z samego rana, wypisanie marzeń czy motywującego posprzątaj chałupę, leniu!
To co? Macie kawałek wolnej ściany?




Wykorzystaliśmy puszkę farby tablicowej Flugger 0,38l - 41zł
(trzeba pomalować przynajmniej trzy razy)

Komentuj (1)



W szkolnej ławie 28 października 2013

Przez prawie dwa lata, licząc ciążę i życie małej eM, jestem gospodynią domową (*kurą domową, *housewife, *"siedzę" w domu z dzieckiem - nazwij to jak chcesz ;P). Zawsze mówiłam, że mogę tak długo, jak nie przez całe życie. Ale jak to zwykle bywa, myliłam się. Człowiek, kobieta, ja potrzebuje sprawdzenia się też w innych rolach niż tylko żona i matka. Kawałka przestrzeni dla samej siebie. Tak wylądowałam na podyplomówce. Oczywiście nie bez znaczenia były też względy praktyczne - jakieś szanse, nowe możliwości na pracę zawodową. Jaką? Mała podpowiedź - ta tablica na kuchennej ścianie to tak nie bez powodu ;) Od zawsze czuję się dobrze z kredą w ręku.


Decyzja przyszła w dniu moich urodzin. I tak wróciłam do szkolnej ławy. A konkretnie do średnio wygodnego, zielonego krzesełka z wysuwanym blatem (jak amerykańskie nastolatki wytrzymują te wszystkie lata college'u w czymś takim??). No i nie taka szkolna ta ława, a uniwersytecka! Uczelnia niby ta sama, którą skończyłam dwa lata temu (z uśmiechem i bardzo dobrymi wspomnieniami), a jednak trochę inna - zupełnie nowy campus na obrzeżach miasta. Znów wybrałam specyficzny kierunek - same baby! Czasem mam wrażenie, że mężczyźni w ogóle nie studiują. ;)



Za mną pierwszy zjazd. Podekscytowanie (wychodzę do ludzi!) mieszało się z tęsknotą za małą eM (rzadko zostawiam ją na tak długo!), stresem (jak sobie poradzą? czy będzie płakać?) i kiepskim samopoczuciem (zatoki, katar, zatoki). Ale kiedy słyszę od wykładowcy - "Pani Anno, skąd u Pani taka wiedza metodologiczna?", to wiem, że nie wypadłam jeszcze całkiem z obiegu i stać mnie na coś więcej. Warto, przyjemne uczucie!




Komentuj (3)



Niedziela 18 listopada 2013

Jesteśmy ludźmi wierzącymi i chodzimy do kościoła co niedzielę. No dobra, żeby być zupełnie szczerym, czasem robimy sobie jakieś wagary. Ale rzadko. Moje uczestnictwo w mszy zmieniało się już z rosnącym brzuszkiem i... mdłosciami ;) Wtedy, nie przejmując się wzrokiem nieco zaskoczonych staruszek, całe nabożeństwo spędzałam na siedząco. Na schodku, w ławce, na podłodze wysłanej kurtkami. Do takich eksperymentów kulturowych polecam szczególnie Kosciół Akademicki, gdzie można sobie pozwolić na nieco wiecej studenckiego luzu ;) Tak było aż do momentu, gdy Marcysia pojawiła się na świecie. Nie zrezygnowaliśmy wtedy z niedzielnego obowiązku. Najczęściej chodziliśmy razem, wywołując małym zawiniątkiem ciepłe uśmiechy współtowarzyszy. Czasem zdarzało się, że chodziliśmy "na zmianę", najczęściej dlatego, że Marcyś była chora albo wybitnie marudna. Jednak z każdym miesiącem coraz trudniej było zainteresować maliznę i utrzymać ją w ryzach przez godzinę. Dlatego wczoraj wybrałyśmy się na mszę specjalną. Dla przedszkolaków. Kiedyś już próbowałyśmy podobnych atrakcji, ale było zdecydowanie za wcześnie. Głośne śpiewy, akordeon, tupanie troszkę przerażały klikumiesięczniaka. Co innego taki półtoraroczniak ;) Najpierw zaparkowałyśmy nasz rowerek w przedsionku. Tyle dzieci! W różnym wieku! Marcela odrazu skierowała swoje kroki do grupy dzieci przy ołtarzu. Animatorka zaczęła śpiewać, wymachując przy tym pacynką "mnichem". Dzieci śpiewały a moja mała córa bujała się w rytm kolejnego Alleluja! Nikt nie patrzy krzywo, bo dziecko traci cierpliwość czy bawi się zabawką. Każdy wie, że ta msza skierowana jest właśnie do maluchów. Gdy podczas czytania wszystkie dzieci usadowiły się na schodkach ołtarza, Marcelina rozejrzała się w lewo, prawo i usiadła razem z nimi. A mi się tak ciepło na serduchu zrobiło, oczy tak jakoś nagle zrobiły się mokre. Moja duża dziewczyna! Tak nam aktywnie, miło i ... szybko zleciał czas, że już nie możemy się doczekać nastepnej niedzieli! :)




Powoli myślę też o kalendarzu adwentowym, takim własnej roboty, z zadaniami na każdy dzień, prezencikami. Zastanawiam się tylko czy to też nie za wcześnie. Czy mała załapie, hm??


Komentuj (0)



Zoo 20 listopada 2013

Okazuje się, że bardzo blisko Koziego Grodu można znaleźć zoo. I wcale, a wcale nie trzeba się wybierać aż do Zamościa (zresztą, jak sójka za morze w naszym przypadku). Jak do cyrku moje dziecko ze mną nie pójdzie na pewno, tak do zoo mam całkiem pozytywne nastawienie. Może i niektórych zwierząt troszkę szkoda, ze względu na niemożność wybiegania się, ale nie uważam, żeby im się tam jakoś źle działo. Lamy pokochałyśmy z Marcyś taką miłością, że chyba będziemy je częściej odwiedzać. Ale to od klatek z małpkami było odejść najtrudniej (ciekawski George <3).












Komentuj (1)



Naleśniory 21 listopada 2013

Kucharka ze mnie nie najgorsza. Potrafię zrobić kilka rodzajów sosów do makaronu, tradycyjne schabowe czy mielone. Potrawy mniej i bardziej skomplikowane. Ostatnio nawet pierogi ruskie. Ciasta wyciągam z piekarnika pachnące, bez zakalca (z jednym wyjątkiem, ale wtedy i tak szybko zniknęło ze stołu ;)), smaczne. Ogórki kiszone - palce lizać! Naprawdę radzę sobie całkiem, całkiem w tej kuchni. Ale jednego nie potrafię, choć wydawałoby się, że jest to rzecz najbardziej podstawowa. Szczególnie dla matek. Naleśniki. Zmora moja. I dziś podjęłam kolejny raz rękawicę, stanęłam przy patelni pełna zapału i wiary w to, że moje oko da radę. Czemu oko? Bo jak pytam mistrzów naleśników o przepis na te delicje, odpowiadają właśnie "na oko". I składniki były w porządku, i słoninka do przesmarowania patelni przygotowana. Ba, nawet konsystencja wydawała się być ok. Stoję przy tej kuchence tyle czasu i... ? dupa. Tak niedobrych naleśników to jeszcze nie jadłam. Duże eM zjadł jednego, ja dwa (i klęłam przy tym okrutnie, z premedytacją planując jednocześnie śmietnikowy los kolacji). Jedynie córa moja najdroższa zjadła, klepiąc się przy tym po brzuszku i powtarzając "mniam,mniam,mniam", a nawet poprosiła o dokładkę!



Zarzekłam się dziś. Więcej nie próbuję. Będziemy jedli po amerykańsku, pancakesy.
Przepis oczywiście z kwestii smaku. Sprawdzone, dobre i zawsze wychodzą ;)

Komentuj (1)



Z cyklu: ogłoszenia drobne 2 grudnia 2013

Dobre rady na przedwczesny bunt dwulatka chętnie przyjmę.

Komentuj (2)



Pociągowe refleksje w stylu country 9 grudnia 2013

    Za oknem zima, szumnie nazywana w mediach orkanem Ksawerym (Ksawerym, wtf?). Samotna podróż pociągiem przez białą rzeczywistość. Biel nieba zlewa się z bielą pól, tworząc tajemniczy, wciągający krajobraz. Mam ochotę, by ta podróż trwała dłużej niż godzinę. Bo tyle właśnie dzieli nas teraz od miasta, naszych czterech kątów i uczelnianych obowiązków. Kilka chwil spędzimy na wsi, sprawdzając przy okazji czy właśnie takie życie sobie wymarzyliśmy. W drodze powrotnej kupuję Werandę Country. Oglądam klimatyczne skandynawskie wnętrza przyozdobione świąteczną czerwienią. Wiem, że teraz wszyscy by chcieli mieć u siebie te białe ściany, drewniane belki, beże, szarości i pastele. Nic nie poradzę na to, że ja też wpadłam po uszy. Nigdy nie przekonam się do całej gamy kolorów na ścianach czy zimnych, glamourowatych wnętrz. Wyobrażam sobie nasz przyszły dom. Jak będzie wyglądał, co zobaczę za oknem smarując kromkę świeżego chleba, gdzie schowam przetwory na zimę? No bo przecież oczywiście, że będę robić soki i konfitury, kisić ogórki i suszyć pomidory. Może nawet własny ogródek warzywny? I blisko do lasu, żeby można było spacerować z dzieciakami, może też z psem? I kominek, żeby ogrzać się po lepieniu bałwana. Tylko ile tak naprawdę z tych marzeń zostanie? Czy nie przedłożymy wygody nad prawdziwie wiejskie, swojskie, sielankowe życie? Czy te twarze wyglądające z artykułów, z uśmiechem i naręczem nalewek własnej roboty reklamujące życie na wsi, nie są troszkę naciągane? No bo skąd na to wszystko tyle czasu? Praca, wychowywanie dzieci, domowe obowiązki. Przydałoby się też dobrze wyglądać, przeczytać coś wartościowego i czasem się wyspać. Chciałabym robić tak wiele rzeczy, że gubiąc się w tym wszystkim - nie robię nic. Tyle się dzieje w biegu. Pobieżnie przejrzane, napisane na szybko, przemyślane po łebkach. Do tego masa wątpliwości. A tu czas na kolejne życiowe decyzje i trzeba sobie jeszcze raz postawić pytanie – czego ty byś właściwie chciała od życia, kobieto?


   


 


Komentuj (1)



Miss Kredka 11 grudnia 2013

Ile razy dziennie można narysować kotka? Otóż kilkadziesiąt. Nie ważne na jakim podłożu, kotek musi być :) Dzięki Bogu, świeżo odremontowane ściany dziadków jeszcze nie ucierpiały. Ogromnie mnie cieszy nowa pasja Marcysi. Myślę, że mogę się pokusić o to patetyczne słowo. Rysuje non stop. Oczywiście są to na razie kreski i kółka. Ale jak ona trzyma długopis!!! Pełna profeska. Dlatego Mikołaj przyniósł m.in. kredki. Okazały się dziadostwem, więc rodzice zainwestowali w lepszy sprzęt. Tak powstają kotki, króliczki, dziewczynki, domki, misie i mysie. A ja uwielbiam te nowe etapy.






Komentuj (1)



Pierniczenie 2013 22 grudnia 2013

Tak jak myślałam, w tym roku Marcysia aktywnie uczestniczyła w tej miłej czynności.
Pierniki wyszły pysznościowe.
Okazała choinka cieszy oko, choć w dziadkowym kącie stoi, a nie naszym.
Prezenty przygotowane, choć jeszcze nie zapakowane.
A jakoś atmosfery świąt w serduchu nie ma. Nastrój jakiś taki listopadowy bardziej.
I małe eM gorączkowo cieplutkie i mamoprzylepne, i duże eM gardło leczyć musi...grzańcem.
I nawet fryzjerka myli pożądany jasny brąz z Szazowatą czernią. Siet.



 















 





Komentuj (2)



Świąteczna kwarantanna 30 grudnia 2013

Święta? Upłynęły nam pod znakiem anginy. Zaczynając od gorączki, na katarze, chrypce i odparzeniach kończąc. Dziękować Bogu - oDparzeniach. Jak wiadomo - choroby powodują mamoprzylepność na sto procent. Siostry z obawy przed zarażeniem odizolowały swój przychówek i tak spędzaliśmy wigilię bardzo kameralnie. Kwarantanna. Zamiast naładować emocjonalne baterie, wyczerpałam je do końca. Nie było to nasze najlepsze Boże Narodzenie. No cóż, pozostaje czekać na następne.











Na zdjęciu wyjątkowy prezent od dużego M. Piękny skórzany portfel. Jedyny w swoim rodzaju, mój ukochany brąz, delikatne motyle akcenty, suwaczki, okienka wypełnione naszymi zdjęciami i mały, ale jakże gustownie zapakowany i okraszony ciepłymi słowami dodatek - H&M-ie, nadchodzę! Postarał się ten mężasty.






Komentuj (2)



Prawie sylwestrowa fryzura 31 grudnia 2013


Prawie, bo to fryzura sprzed kilku dni.
Pierwszy kucyk cieszy tak bardzo, jak pierwsz ząb.
Podsumowań nie będzie.
Gotujemy zupę cebulową, robimy przystaweczki, stroimy siebie i mieszkanko. Nasze, lubelskie!
Sylwester we troje. I powiem Wam, że bardzo to lubię!!!
O północy ucałujcie najbliżsiejszych :)



Komentuj (4)


Image Hosted by ImageShack.us
Zapiśnik młodej matki małego eM
Żony dużego eM
Gospodyni małego eM 2
Image Hosted by ImageShack.us

Male eM
Pierworodna córa,
Marcelini herbu Zielona Pietruszka,
Marcysia, Pysia, Marcelka, Marcelinka,
urodzona w drugą niedzielę
czerwca 2012r.
tuż po teleexpresie.


Archiwum

2017

2016

2015

2014

2013

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2012


Image Hosted by ImageShack.us

Zagladam do:

O tym ze

Szafa Tosi

MerySelery

Lena i Kuba

Basia Szmydt

Z widokiem na ...

Niedzwiedzie Dzieci



Image Hosted by ImageShack.us