Debiut

W sobotni wieczór, kiedy większość lubelskich studentów szykowała się do ostatniej przed adwentem potańcówki, Marcellini debiutowała w kawiarni. Nie była to jej pierwsza wizyta w tym miejscu. Czasem, podczas spaceru, zaglądałyśmy tam, żeby chwilkę poplotkować z pewną Ciotką-Baristką. Jednak te wizyty były nieświadome, najczęściej w pełni przesypiane. A tym razem był to prawdziwy debiut. Nie przygotowywałyśmy się zbytnio, nie stroiłyśmy się. Było miło, słodko, spokojnie, może tylko ciut za głośno ( nie z naszej strony ;) ). Nie jest to typowe miejsce dla rodzin z dziećmi, nie ma zabawek, kolorowych tablic, podjazdu dla wózków i mikrofalówki do podgrzania słoiczka. Wręcz odwrotnie - wysokie, strome schody, dość głośna koktajlowa muzyka, małe stoliki czekające na plotkujące Panie, pary na pierwszych randkach i biznesmenów z laptopem. Zajadając pyszną tartę, przypomniałam sobie pewien artykuł, na który natknęłąm się kilka tygodni temu. Temat wywołał burzliwą dyskusję w internecie. Sprawa dotyczyła miejsca przeznaczonych wyłącznie dla dorosłych. Strefy wolne od dzieci, bo tak się to ładnie nazywa, mają być alternatywą dla osób chcących odpocząć od piszczących kilkulatków i śliniących się niemowlaków. Do poczytania TUTAJ Sama nie wiem co o tym myśleć. Z jednej strony buntuje się we mnie matka. Jak to? Zakaz wstępu dzieci? Przecież to nie psy. Tylko osoby, zasługujące na szacunek, może nawet bardziej niż niejeden dorosły... Ale gdzieś w głębi pojawia się też drugi głos - że może i jest w tym odrobina rozsądku. Może takie miejsca są potrzebne? Nie tylko świadomie rezygnującym z rodzicielstwa karierowiczom, ale też zmęczonej swoją rolą mamie czy zestresowanemu tacie. Myślę jednak, że gdyby rodzice potrafili sami wyczuć, kiedy ich pociecha może komuś zakłócać miły posiłek/coffierelaks/randkę/biznesowe spotkanie, to naklejki Child Free Zone nie byłyby potrzebne. Dlatego my, kiedy Marcelce wyraźnie znudziło się "bywanie", szybciutko dopiliśmy nasze cappuccino, chwyciliśmy ostatnie kęsy tarty Lion (ah słodycze, do zobaczenia w święta!) i potuptaliśmy na spacer.

 

Musimy to powtórzyć!
Tymczasem, zmęczona dniem pt. chory mąż, ząbkujące dziecko i bolący kręgosłup, mówię dobranoc!

olga/otymze 05.12.2012, 20:53

kanał RSS mi umarł i nie mogę dodać do czytnika, grrr, mam nadzieję, że jak wrzucę do zakładek to mi nie umknie ten blog! pozdrawiam!

az 05.12.2012, 11:14

ja od poczatku bylam i jestem za. pamietam siebie z czasow gdy matka nie bylam i jestem za, za, za!

piekna rozeta, kto Was obslugiwal? piekni ludzie na zielonej kanapie, szkoda ze calkiem stracilam serce do tego miejsca.


ciesze sie, ze dobrze spedziliscie czas. bedzie cieplej jedziemy do
FIKI, a gdy dzieci podrosną do KAWKI na czytanie bajek :)

peacock111.blogcpot.co.uk 04.12.2012, 15:43

Haha u mnie dnie wygladaja podobnie. Zabkujace dziecko, bolacy kregoslup a na koniec dnia dochodzi zmeczony tatus. Jesli chodzi o ten artykul, to dojdzie do tego, ze rodziny z dziecmi beda traktowane w takich miejscach jak palacze. Pozdrawiam serdecznie :)

Mysza1984 04.12.2012, 13:53

Może i racja, że należy nam się odrobina spokoju i odpoczynku od dzieci. Ale nie wiem, czy można od tak wyłączyć tą funkcję w naszym umyśle. Mnie dzieci w takich miejscach nie przeszkadzają, przywykłam do płaczu i rozumiem mamy w stresujących sytuacjach. Telepatycznie staram się im pomóc i wpływać jakoś na negujące otoczenie wysyłając im miny, że to przecież tylko dzieci, że to normalne i że jak komuś coś nie pasuje to przecież są taksówki, biznes klasy w samolotach itd :D